Zakup biletu był zaskakująco, a nawet śmiesznie łatwy. Nastawiałam się na dalsze miejsce na trybunach, a dorwałam miejsce z boku, ale praktycznie pod sceną. "Bilet to był pikuś, goodsy zarezerwuje się online, a kolejkowania przed halą nie będzie, bo miejsca numerowane, wystarczy być trochę przed 18:00, aby zebrać banerki od masterek i tyle. Łatwo i przyjemnie", tak właśnie sobie z K myślałyśmy i przez tę wizję nie docierało do nas, że mamy ponownie zobaczyć koncert GOT7. Wydawało się to zupełnym przeciwieństwem Berlina w 2018, gdy musiałyśmy spędzić noc na dworze, było sporo stresu, ale wróciłyśmy z najlepszymi wspomnieniami. Ależ fajnie tak sobie pożyć marzeniami...
Pierwszą oznaką nadchodzącego dramatu była wiadomość, a raczej brak wiadomości o możliwości rezerwacji oficjalnych koncertowych goodsów online. Kolejną był fakt, że ogłoszono otwarcie budki z goodsami o godzinie 10:00 w dniu koncertu. To nie mogło mnie powstrzymać przed kupieniem ahgabonga, który "magicznie" zniknął ze sklepów miesiąc przed koncertem, więc zdecydowałyśmy z K, że pojedziemy. "Może uda się szybko kupić i nadal będziemy miały czas, żeby pójść coś zjeść na spokojnie i ogarnąć przed koncertem"... Znów nasz błąd w myśleniu.
Nadszedł 15 czerwca. Wiedziałyśmy, że kolejki do goodsowej budki potrafią się tworzyć i w nocy, ale nie chciałyśmy się dać zwariować i ustaliłyśmy, że możemy jechać na 7:00/8:00. Do tego dochodził fakt, że od tygodnia umierałam z bólu gardła, kataru, a może też miałam stan podgorączkowy, ale bez termometru nie mogłam tego sprawdzić. A więc budzik został ustawiony gdzieś na godzinę 4:30, abyśmy mogły się ze spokojem ogarnąć (no okay, to ja potrzebowałam miliona godzin na to, a nie K) i dojechać na miejsce, co zajmowało godzinę. Seul jeszcze spał, a my raźno maszerowałyśmy na stację metra. Pod KSPO Dome, gdzie miał odbyć się koncert, byłyśmy już ok. 7:30. Kolejka po goodsy była całkiem pokaźna, ale nie wydawała
się aż tak zła. Złe było słońce, które już o tej godzinie dość mocno prażyło. Trochę tak postałyśmy, obserwując inne fanki czeszące swoje laleczki GOT7, aż przybył staff. Rozstawiono goodsy, aby każdy sobie mógł je dokładnie obejrzeć i wybrać, a następie przestawiono trochę naszą kolejkę, co sprawiło, że trochę drzew chroniło nas przed słońcem. Ciągnęła się ona zygzakowato za budką, a następnie wokół czegoś ala rabatki. Powiedziałabym, że na oko byłyśmy w połowie, może nawet trochę wyżej. Staff rozdał wszystkim kartki, na których trzeba było zaznaczyć goodsy, które chciało się zakupić oraz ich ilość. Wyjątkowo zabawne było obserwowanie Japonek czy Tajek, które zaznaczały wszystko, a potem ciągle musiały coś skreślać, gdy staff oznajmiał, że dana rzecz się wyprzedała. Czas nam jakoś minął do 10:00, gdy rozpoczęto sprzedaż. I tylko do tego momentu.... Temperatura jeszcze rosła, żadna z butelek zamrożonej wody, które czasem rozdawała ochrona, nie trafiła się mnie i K, mój nos był kompletnie zatkany dzięki uprzejmości mojego kataru, a nogi zaczynały niemiłosiernie boleć. Dotarłyśmy do kasy chyba po 14:00, co daje przynajmniej 6,5 godziny stania w kolejce. Moja twarz już kilka dni wcześniej zaczęła mieć "bad days", a 4 godziny snu i tyle czasu na słońcu wcale jej nie pomogły, więc niezmiernie mnie do dziś śmieszy, że dostałam akurat wtedy komplement o treści "you're so pretty!" od jednej ze sprzedawczyń w budce. W życiu też nie myślałam, że kupno lightsticka i przypinki Jinyounga aż tak mnie ucieszą.Do koncertu pozostało ledwo kilka godzin, przez upał nie dokuczał na głód, więc tragicznie zmęczone zdecydowałyśmy się tylko skorzystać z łazienki i orzeźwienia zimnego napoju, aby zaraz ruszyć na połów darmowych banerków, wachlarzy i innych pierdół rozdawanych przez masterki. Mogę to skwitować tylko tak: udało mi się złapać tylko kilka rzeczy, które widziałam na Twitterze, a masterki w 80% nie przestrzegają swojego stwierdzenia, że oznajmią miejsce i godzinę rozdawania danych goodsów w dniu koncertu, więc skończyłyśmy biegając za innymi fankami, które formowały kolejki w ekspresowym tempie, a niektóre miały na koniec właściwie całe walizki pełne goodsów.
Wybiła 17:00 i należało się zbierać, aby wejść do hali. Poszło to wyjątkowo sprawnie i szybko. Znalazłam się w środku. Od sceny głównej odchodziła scena dodatkowa, a na jej środku zwisała z sufitu ogromna kurtyna. Ciemne wnętrze, rozświetlane tylko kilkoma jasnymi reflektorami i lightstickami, sprawiało interesujące wrażenie. Czułam ekscytację, ale też lekki niepokój. "Co wy zamierzacie zrobić...?" To był pierwszy dzień całej trasy, więc nie mogłyśmy wiedzieć, co się będzie działo. Bycie właściwie jedyną osobą z zachodniej części globu w moim sektorze, a jedną z niewielu na koncercie, było ciekawym uczuciem. Rozglądając się po sali, tak jak wcześniej w kolejkonie po goodsy, znów utwierdziłam się w przekonaniu, że w tym fandomie jest wiele osób, które pewnie mogły być nawet moimi matkami, a jednocześnie było też sporo osób w moim wieku. Już wszystko sobie obejrzałam wokół mnie, zdążyłam się zirytować chodzącą w kółko panią ze staffu, która prawie, że do mojego ucha krzyczała "PROSZĘ SCHOWAĆ KAMERY! PROSZĘ NIE NAGRYWAĆ!", gdy koncert się zaczął. I to tak, że w życiu nie mogłam się tego spodziewać. Kurtyna na środku się podniosła i ukazali się GOT7 śpiewający "You Are". "No i jestem w du", pomyślałam sobie, ponieważ rozpoczęcie od piosenki, która (jak udowodnił koncert rok temu) skutecznie wywoływała we mnie łzy. Piękna oprawa, wręcz wizualny spektakl, który kontynuował się potem przez większość koncertu, wzruszył mnie jeszcze bardziej. Brzmi to obrzydliwie patetycznie, ale gdybym miała wybrać widok, który chciałabym mieć przed oczami do końca życia, to właśnie był ten. "You Are" w końcu się skończyło i nim się obejrzałam rozpoczęły się solówki/duety, których też się nie spodziewałam tak szybko! "Ride" Jaebuma było kompletnym szokiem, który kontynuował się do solo Youngjae, które sprawiło, że miałam ochotę wydrzeć się "YES! WORK IT, BABY! YOU'RE DOING GREAT SWEETIE!". Występ Yugyeoma i Jinyounga jest jedną wielką czarną dziurą, a z występu AmeriThaiKonga pamiętam tylko, że bawiłam się przednio i jestem bardzo wdzięczna, że moja twarz znalazła się niedaleko Marka na jednym z fancamów. Osiągnięcie życia, tak. Kolejną rzeczą jaka została w mojej pamięci są VCR-y. Były przepiękne i bardzo się cieszę, że miałam wielki ekran prosto przed twarzą, dzięki czemu mogłam je bardzo wyraźnie widzieć z moją ślepotą (a także taki cudowny moment jak Jaebum chwytający zębami łańcuszek w trakcie tańca) . Dziś już dokładnie nie pamiętam, co chłopaki mówili, ale BamBam może być pewny, że do końca zapamiętam, jak zrobił nam nadzieję, że wystąpią z "Nice", a dostaliśmy "If You Do".... Generalnie, nie potrafię wyłuskać z pamięci wielu szczegółów z występów, ale wiem, że mogłam tam być osobą, która najwięcej tańczyła (siedząc) na krześle, śpiewała całe piosenki i najgłośniej krzyczała. Choć bolało mnie gardło od przeziębienia, a także normalnie mam dość słaby głos, jestem pewna, że w moim sektorze, to ja najgłośniej się wydzierałam, a nawet się nie starałam, żeby tak było... Momentami aż byłam speszona i się bardzo powstrzymywałam. Ale to musiało interesująco wyglądać dla staffu (który był dość blisko mnie) i innych fanów. Białe, blond dziewczę, które rozumie, co mówi zespół, odpowiada im po koreańsku i świetnie się bawi, gdy inni dość stonowanie reagują. Oczywiście, to nie tak, że reakcje były bardzo słabe lub ich brakowało, ale mogę z ręką na sercu potwierdzić, że fani w Azji nie są tak ekspresywni jak my (A o encore po co mają skandować długo i głośno? Phi, wystarczy raz czy dwa krzyknąć, przecież encore i tak będzie). I stwierdzam to nawet nie będąc najbardziej ekspresywnym przypadkiem, powiedziałabym wręcz, że jestem gdzieś na samym dole skali, jeśli chodzi o fanów z Europy, Ameryki Północnej czy Południowej. W każdym razie, gdy koncert już dobiegał końca, byłam na końcówce mojej energii.
Ale co z tego! Nie miałam o tym pojęcia, ale encore widocznie jest jakimś tajemnym hasłem, bo nagle wszyscy ruszyli biegiem ze swoich miejsc, wyjęli telefony i czekali przy krawędziach sceny, aby sfilmować członków zespołu przechadzających się po scenie lub mieć z nimi interakcje. Ja też ruszyłam, ale z pewnym opóźnieniem. W ten sposób widziałam bardzo blisko chyba wszystkich z GOT7, do końca świata będę mogła sobie wmawiać, że mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Jaebuma, a jego uśmiech był w moją stronę, udało mi się też nakręcić kilka fajnych momentów np. BamBama, który usiadł bardzo blisko miejsca, w którym byłam i ściskał ręce fanów, co było po prostu piękne i rozczulające.
Mam wrażenie, że encore to była nawet połowa koncertu i bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się usłyszeć podczas koncertu "Before The Full Moon Rises". Myślę, że koncert w Seulu i encore z tą piosenką, to część bucket list każdej/każdego IGOT7. To było bardzo satysfakcjonujące zakończenie, a było tym lepsze, że gdy odwróciłam się, aby pójść do swojego krzesła i zebrać rzeczy, zobaczyłam Youngjae nadal siedzącego na scenie, a przy nim grupę ahgase, którzy tak dobrze się bawili, że chłopaczyna zapomniał się zebrać i wyjść, jak to zrobiła reszta zespołu, hah^^ Jeszcze piękniejszym dopełnieniem były dwie panie, które mijałam po wyjściu z hali, radośnie tuptając przed siebie, aby spotkać się z K, która miała miejsce w innym sektorze. Bam wspominał w trakcie koncertu, że zawsze się słyszy "Oh, GOT7 są popularni za granicą", a chciałby usłyszeć, że "są popularni". I właśnie tak wracając sobie z koncertu, usłyszałam jedną kobietę mówiącą do drugiej: "OH! GOT7 są bardzo popularni!". Moje serce zaśpiewało "Hallelujah! Amen!" i tak strasznie bym chciała, żeby Bam usłyszał o tym zdarzeniu </3
Czy koncert w Seulu był najlepszym koncertem, na którym byłam? Nie wiem. Czy jest lepszy niż to, co dostajemy w Europie? Nie sądzę, choć są zmiany, często też podyktowane sprzętem i możliwościami danej areny. Czy polecałabym każdemu pójście na koncert w Seulu? Jeśli ktoś ma okazję, to uważam, że warto. Choćby i po to, aby tego doświadczyć w innym środowisku, ale nie uważam, że jedna z tych rzeczy, które koniecznie należy zrobić przed śmiercią. Czy dobrze się bawiłam? Zdecydowanie tak i nie chciałabym cofnąć tego potu, bólu nóg, zasmarkanych chusteczek, śmiechu, wzruszeń i ekscytacji, którą przeżyłam.
A Wy co myślicie o koncercie w Seulu? Chcielibyście pójść tam na koncert, jest to Wasze marzenie? Dajcie znać~








Komentarze
Prześlij komentarz